For goodness sake! Where is my self-control?

Komentarze (9), Dodaj
New:
27.września.2010, 09:30
W tym roku pierwszy dzień szkoły wypadał w niedzielę, dlatego miałam choć jeden dzień, by odpocząć przed zajęciami. We śnie pływałam w dużym basenie, w czyimś ogrodzie. Nie wiedziałam do kogo należał, ale był piękny. Dookoła rozciągał się widok na żywopłot z pnącymi się po nim ku górze czerwonymi i białymi różami. Na idealnie przystrzyżonym trawniku stały dwa drewniane leżaki. Były puste, ale na stoliku między nimi znajdowały się dwie do połowy pełne szklanki z bladożółtym napojem. Domyśliłam się, że nie jestem tu sama. Podpłynęłam do drabinki, wspięłam się na nią i chwyciłam leżący na ciepłych od słońca kafelkach czerwono-złoty ręcznik. Przeczesałam włosy palcami, kocyk rozłożyłam na leżaku i usiadłam na nim, by słońce powoli wysuszało kropelki wody na moim ciele. Spojrzałam w bok i zobaczyłam mojego towarzysza podchodzącego do brzegu basenu i wskakującego do wody. Nie minęła chwila, a pojawił się przy drabince i szybkim ruchem podciągnął się na niej wyskakując z basenu. Stał przede mną, a słońce oświetlało jego idealnie zbudowane ciało. Kropelki wody leniwie spływały po opalonyej skórze, podkreślając muskulaturę. Spojrzał na mnie, a ja niepohamowanie przygryzłam wargę. Zaczął iść w moją stronę...
- To nie twoja kolej iść do łazienki! Muszę podkręcić sobie włosy! Wyglądam jak skunks. - Mój idealny sen przerwał znienawidzony głos Megan. Leniwie otworzyłam oczy i przewróciłam nimi teatralnie.
- Czemu jak skunks? Wyglądasz dobrze, ale mówisz jak zdechły kot. - Lillyanne uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze.
- Dlaczego jak kot? Ja wcale nie mówię jak kot! - Megan zaczęła histerycznie piszczeć.
- Po pierwsze, to zdechłe koty nie mówią, bo nie żyją.- Wstałam z łóżka nie mogąc słuchać tych inteligentnych inaczej wypowiedzi. - A po drugie, jest niedziela, więc dajcie człowiekowi się wyspać.
- Rose wstała przed nami, a przecież musimy wyglądać pięknie dla naszej królowej. - Żachnęła się Megan. - Ale co ty tam wiesz. Nie jesteś w końcu nikim ważnym, w porównaniu z nami.
- Nawet gdyby mi zapłacili, nie zmieniłabym się w ciebie, a tym bardziej w Rose. Teraz wybaczcie, ale za chwilę minie mój dzienny limit rozmów z idiotami. - Wzięłam swój ręcznik i skierowałam się w stronę łazienki. Megan jednak stanęła mi na drodze.
- Muszę podkręcić sobie włosy! Umyjesz się później. - Powiedziała i rozłożyła ręce.
- Masz pryszcz na czubku nosa. - Szatynka od razu skoczyła w stronę lustra i zaczęła się w nim przeglądać. Ja w tym czasie spokojnie pomaszerowałam do łazienki.

Nie spodziewałam się, że ten dzień będzie aż tak kiepski. Już od samego rana miałam problem z dogadaniem się z ludźmi i częściami własnego ciała, które odmawiały posłuszeństwa właśnie wtedy, gdy sprawne być powinny. Od wyjścia z łazienki w dormitorium do spotkania z Noemi i Martinem w pokoju wspólnym gryfonów, przywitałam się z podłogą, schodami i poręczą. Nie jestem łamagą, po prostu ktoś mi w tym dopomógł. Sądzę, że Megan powinna najpierw nauczyć się chodzić na obcasach, zanim je założy. Tak czy inaczej, kiedy już dotarłam do Noemi i Martina, byłam obolała i całkiem odechciało mi się jeść.
- Chyba żartujesz. - Noemi wstała z kanapy z prędkością światła. W jednej chwili siedziała rozłożona na bordowej sofie przy kominku, a w kolejnej stała za moimi plecami, trzymając mnie teatralnie za gardło. - Nie po to wstałam przed tymi idiotkami, żebyś teraz rujnowała moje plany na dzisiejszy dzień.
- A jakie dokładnie są twoje plany? - Zapytałam i od razu ugryzłam się w język. Po takim pytaniu mogłam spodziewać się tylko półgodzinnego wykładu o sprawach sercowych mojej przyjaciółki. - To ja może... - Pokazałam palcem na kanapę i szybkim krokiem skierowałam się w jej stronę.
- W wielkim skrócie- Zareagował Martin, gdy Gryfonka tylko otworzyła usta. - Noemi szykowała się dzisiaj na spotkanie z Malcolmem, ale twoje zrzędzenie doprowadza ją do bólu głowy. Zaraz się jej loki rozprostują ze stresu, więc lepiej już chodźmy. - Spojrzałam na Noemi i już wiedziałam, że nie uda mi się niczego wywalczyć. Wstałam więc potulnie z kanapy i powlokłam się za nimi do dziury pod portretem.

- Skoro tak nalegałaś na wyjście, dlaczego teraz się wleczesz? - Zapytałam zirytowana. Noemi wywróciła oczami i zamarła w pół kroku.
- Na prawdę nie rozumiesz, czemu idę tak wolno? - Zapytała ironicznie wyczekując, aż zaprzeczę i bez gadania pójdę dalej. Ja jednak nie chciałam udawać głupiej. W końcu to zadanie należało do Lillyanne. Pokiwałam tylko głową. - A więc wskażę ci fakt, przez który nie zwróciłaś jeszcze uwagi Anthony'ego. Jesteś nijaka i nigdy go nie oczarujesz, bo przemykasz korytarzami jak duch, nie wnosząc nic ze swojej żałosnej egzystencji do tego zamku. - Powiedziała zgryźliwie. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Takich komentarzy spodziewałabym się po Megan czy Rose, w końcu byłyśmy sobie wrogie.
- Więc chodzenie w tempie lodowca i strojenie się przed lustrem przez trzy bite godziny ma mi zapewnić uwagę Anthony'ego? Wolę być sobą, niż udawać pustą lalkę. - Rzuciłam w stronę Noemi, choć wcale nie chciałam tego powiedzieć.
- Nazywasz mnie pustą?- Noemi starała się zachować spokój, ale głos drżał jej jak osika. Nie wiedziałam, czy jest bliska płaczu, czy zabicia mnie.
- Nie miałam tego na myśli. - Zaczęłam się wykręcać od odpowiedzialności. Przyznanie jej racji nie miało żadnego sensu. - Proszę cię, nie płacz.
- Nie płacz? Nie płacz?! Nie jestem dzieckiem! Poza tym rola żałosnej beksy jest już obsadzona przez ciebie! - Na policzkach Noemi pojawiły się wypieki w kolorze intensywnej czerwieni. Sapała ze złością i patrzyła na mnie spod byka. Miałam już serdecznie dość wysłuchiwania jej komentarzy na mój temat. Nie wiedziałam czy mówiła szczerze, ale krew wrzała w moich żyłach i przez chwilę miałam ochotę wyciągnąć różdżkę i cisnąć w nią upiorogackiem, ale powstrzymałam swoją złość. Odwróciłam się bez słowa, a mijając Martina dojrzałam w jego oczach wyraz przeprosin. Jednak to nie on musiał błagać o przebaczenie.

Zmierzając w stronę Wielkiej Sali mogłam myśleć tylko o słowach Noemi. „Nigdy nie zwrócisz jego uwagi.” Właściwie co ona wiedziała o mnie i Anthonym? Zwierzyłam się jej oczywiście z moich uczuć i oczekiwań, ale nie prosiłam o ocenę sytuacji. Takie słowa bolały najbardziej, gdy pochwyciłeś je od bliskiej ci osoby. Próbowałam tłumaczyć sobie jej zachowanie, ale koniec końców nie dało się tego racjonalnie wyjaśnić. Co rusz potykałam się o wystające kafelki, czy własne nogi, nie mogąc skupić się na prostej drodze. Wciąż słyszałam te jadowite słowa „żałosna”, „nijaka”. Czyżbym traciła najlepszą przyjaciółkę? Spojrzałam w jedno z wielkich okien, za którymi rozciągał się piękny jesienny krajobraz. Złote i bordowe liście wirowały w takt nieznanej mi muzyki, którą grał im wiatr. Pomyślałam, jakby to było, gdybym potrafiła wzbić się w powietrze jak te liście, wolna, ograniczona jedynie deszczem. Czy byłabym szczęśliwsza, niż jestem teraz? Mogłam śmiało odpowiedzieć „tak”. I kiedy tak uśmiechałam się do samej siebie, myśląc o zmianie w liść i tańcu z wiatrem, wpadłam na coś mniejszego ode mnie, ale nadal ciężkiego i stawiającego opór. Runęłam na ziemię, próbując chwycić powietrze, by zapobiec zderzeniu z zimną kamienną posadzką.
- Uważaj, jak chodzisz Tähti. - usłyszałam znajomy głos ponad głową. - Jasne, Rose. - Podniosłam się w mgnieniu oka nawet nie spoglądając na moją rozmówczynię.
- Chyba nie muszę ci przypominać, jaką pozycję w zamku zajmujesz? - Zza jej pleców wyłonił się Malfoy. Byli ostatnimi osobami, które chciałam w obecnej chwili spotkać. Czy życie musiało być aż tak okrutne?
- Co to ma być, dzień kretyna? Czy wy wszyscy nie możecie zostawić mnie w spokoju? - Zapytałam retorycznie, wiedziałam, że tak łatwo mi nie odpuszczą.
- Uważaj Jacqueline, mam większą władzę od ciebie. - Zagroził mi Malfoy.
- O ile mi wiadomo, to władzę masz tylko w swoim dormitorium. A teraz przepraszam, ale spieszę się na śniadanie. - Próbowałam wyminąć tlenionego, ale znów zagrodził mi drogę. - Radzę ci zejść Malfoy, bo nie jestem w nastroju na głupie rozmowy. - Syknęłam do niego i wyciągnęłam różdżkę.
- Grozisz mi?!- Scorpius krzyknął na cały korytarz i dobył różdżki. - Drętwota!
-Protego!
-Co tu się dzieje, na brodę Merlina! - Znikąd pojawił się profesor Flitwick. Choć miał tylko metr czterdzieści w kapeluszu, jednym zaklęciem rozbroił nas oboje i stanął między nami. - Szlaban, oboje. Od jutra, przez dwa tygodnie! Po instrukcje zgłosicie się do profesor McGonagall. Rozejść się, no już! - Krzyknął i równie szybko zniknął w tłumie gapiów.
- To jeszcze nie koniec. - Powiedział Malfoy zwracając się w moją stronę.
- Już się boję. - Przewróciłam oczami, zgarnęłam moją różdżkę z podłogi i podążyłam w stronę Wielkiej Sali.